Polemika do artykułu Anny Mateji i Jana Strzałki „Własność na służbie narodowej”

Autor: Adam Rybiński

Redakcja
Tygodnika Powszechnego


Szanowna Redakcjo


Zwracam się do Redakcji z uprzejmą prośbą o opublikowanie polemiki mego autorstwa do artykułu Anny Mateji i Jana Strzałki pt. Nie o zamknięcie muzeów chodzi - państwo wobec własności dawnych właścicieli ziemskich, własność na służbie narodowej, opublikowanego w Tygodniku Powszechnym nr 31/2873 z 1.08.2004 r. Z góry uprzedzam, że tekst ten zawiera oprócz elementów polemicznych także fragmenty prostujące nieprawdziwe informacje zawarte w opublikowanym przez Tygodnik Powszechny artykule. Uważam, że mój artykuł wpisuje się w cykl publikacji dotyczących współczesnego muzealnictwa polskiego, jaki ukazuje się na łamach Tygodnika Powszechnego od pewnego czasu. Mając na uwadze charakter dotychczas publikowanych materiałów ma wypowiedź może być próbą przedstawienia głosu drugiej strony - „tzw. byłych właścicieli ziemskich”, których zbiory, głównie pamiątki rodzinne, zostały bezprawnie zrabowane w czasach PRL-u. Pragnę podkreślić także, iż polemika moja ma charakter sprostowania wielu rozrzuconych po całym w/w tekście nieprawdziwych informacji. Dotyczą one zarówno ogólnego kontekstu sporu między muzealnikami a „tzw. byłymi właścicielami ziemskimi” jak i sytuacji zbiorów wilanowskich. Jestem najstarszym wnukiem Adama Branickiego, ostatniego właściciela dóbr wilanowskich i uczestniczę od wielu lat w procesie uregulowania statusu prawnego zbiorów wilanowskich. Z tych powodów pozwalam sobie przedłożyć prośbę o publikację, dołączonego do niniejszego listu, tekstu, opartego na rzetelnej analizie stanu faktycznego sprawy. Myślę, że stanowisko mojej rodziny, dążącej od lat do powołania fundacji im. Adama Branickiego, jest przede wszystkim korzystne dla środowisk muzealnych jak i dla zwiedzających muzea, w związku z czym wyjaśnienie poruszonych w polemice kwestii wydaje się zasadne.



Z poważaniem
Adam Rybiński





Polemika - kilka uwag do artyku łu autorstwa J. Mateji i J. Strzałki pt. Nie o zamknięcie muzeów chodzi - państwo wobec własności dawnych właścicieli ziemskich, własność na służbie narodowej

Zrazu ze zdziwieniem, które w miarę lektury przeradzało się w oburzenie, przeczytałem opublikowany na łamach Tygodnika Powszechnego (nr 31/2873 z 1.08.2004 r.) artykuł Anny Mateji i Jana Strzałki o długim i skomplikowanym tytule - „Nie o zamknięcie muzeów chodzi - państwo wobec własności dawnych właścicieli ziemskich, własność na służbie narodowej”, Sam już tytuł podkreśla wyższość własności państwowej nad prywatną, zwłaszcza nad własnością dawnych właścicieli ziemskich - domyślnie obszarników.

Poniżej postaram się zweryfikować ogólne informacje zawarte w artykule oraz te jego nieprawdziwe fragmenty, które dotyczą zbiorów wilanowskich.

Ideę przewodnią swego artykułu autorzy ujawniają na jego końcu, pisząc: „Ustawodawca powinien rozwiać niepokój o los najcenniejszych kolekcji jako całości niepodlegających podziałowi i rozproszeniu. Pozostawienie sądom badania roszczeń i naprawienia krzywd jest drogą sprawiedliwą, lecz czasem nie odpowiada poczuciu sprawiedliwości. W zbiorowej wrażliwości etycznej nie sposób pominąć roli państwa jako gwaranta dóbr kultury i dostępu do nich” . Pani Mateja i pan Strzałka na łamach Tygodnika Powszechnego, nie licząc się z obowiązującym prawem, konstytucją, prawami człowieka i krzywdami ludzkimi, ale za to w imię nikomu bliżej nieznanej „zbiorowej wrażliwości etycznej” i sprzecznym z wyrokami sądów, nie wiadomo czyim „poczuciu sprawiedliwości” proponują nacjonalizację zbiorów, z których bezprawnie zostali ograbieni w PRL-u właściciele. Zbiory te, co należy podkreślić, to w większości rodzinne pamiątki zbierane i przechowywane przez pokolenia. Było tak nawet w przypadku Pałacu Wilanowskiego, gdzie 2/3 powierzchni zajmowały prywatne apartamenty właścicieli, w których przechowywano przede wszystkim pamiątki rodzinne. Prywatne muzeum, dobrze funkcjonujące do drugiej wojny światowej, zajmowało przed woj na około 1/3 pałacu.

Ciekawe, czy autorzy, nawołujący do nacjonalizacji dóbr kultury, zapomnieli już o tragicznych i nieodwracalnych skutkach, jakimi zaowocowała opieka i ochrona państwa nad zabytkami w PRL.

Aby nacjonalizację tę uzasadnić, autorzy podają nieprawdę, co zmuszony jestem sprostować na wstępie. Otóż już na pierwszej stronie Tygodnika Powszechnego, w czołówce prezentującej artykuł, Anna Mateja i Jan Strzałka napisali, iż przedwojenny ustawodawca był stanowczy i przeciwstawiał się jakimkolwiek zwrotom zrabowanego przez zaborców mienia. Obawiam się, że jest to celowe działanie autorów, którzy nieznającym historii polskich reprywatyzacji czytelnikom sugerują, iż skoro po pierwszej wojnie światowej niczego nie zwracano, to i „moralną” dla jedynego słusznego celu może być nacjonalizacja zrabowanych już przez PRL zbiorów. Piszę tu o celowym podaniu nieprawdy, gdyż nie wierzę aby zajmujący się problemami własności i reprywatyzacji dziennikarze poważnego pisma jakim jest Tygodnik Powszechny, nie wiedzieli, iż 18 marca 1932 przyjęto ustawę „O dobrach skonfiskowanych prze rządy zaborcze uczestnikom walk o niepodległość”, mocą której zwracano wszelkie dobra skonfiskowane przez zaborców, a należące do Państwa Polskiego (Dz. U. nr 24:1932, póz. 189).

Dziwnym jest również, iż piszący o ważnym dla kilku muzeów-rezydencji problemie autorzy prezentują argumenty muzealników, nie starając się w ogóle zapoznać z punktem widzenia drugiej strony. Całkowicie pomijają też literaturę dotyczącą tej problematyki. Między innymi dyskutowano o przedmiotowym problemie na łamach Zdarzeń Muzealnych, gdzie w numerze 2 z 1991 roku, szeroko omawiano sytuację wokół ewentualnej reprywatyzacji Wilanowa.

Nie pojmuję, jak w Tygodniku Powszechnym, jakby nie było katolickim piśmie społecznym, nie stosuje się podstawowych zasad etyki dziennikarskiej. Przecież w tego typu opiniotwórczych artykułach należy wysłuchać i drugiej strony, chociażby tak tu zajadle atakowanych Branickich i ich spadkobierców.

Niepokojący się o los muzeów i występujący w „imieniu ludu” autorzy nie zniżają się do tego by podjąć dyskusję z prawowitymi właścicielami o przyszłości prawnie do nich należących obiektów. Czytając tekst mam wrażenie, iż dla dziennikarzy Tygodnika Powszechnego bezprawnie wygnani ze swych domów, ograbieni z całego majątku, pomiatani w PRL-u byli właściciele ziemscy, to dalej odrażający wrogowie ludu i jego przedstawicieli - muzealników.

Anna Mateja i Jan Strzałka nie dostrzegają, że dla dobra muzeów winni naciskać tak na muzealników, jak i na właścicieli muzealiów, ażeby obie strony wypracowały dla dobra wspólnego, satysfakcjonujący je kompromis. Kompromis, na którym powinno już od dawna zależeć polskim muzealnikom, gdyż zgodnie z punktem 3.1 Kodeksu Etyki Zawodowej Międzynarodowej Rady Muzeów (ICOM), obiekty znajdujące się w muzeach muszą być legalnie pozyskane. (Kodeks Etyki Zawodowej Międzynarodowej Rady Muzeów „ICOM”, Warszawa 1992, s. 17-18).

Aby przekonać czytelników do idei nacjonalizacji zbiorów autorzy artykułu starają się okazać, jak pazerni bywają byli właściciele i ile problemów mają z nimi zapracowani, dbający o zbiory muzealnicy. W tym celu, w obszernym podrozdziale, nieprzypadkowo zatytułowanym, „Do kogo należy Wilanów?” ukazali całkowicie nieprawdziwie problem zbiorów Branickich. Cały tekst dotyczący sprawy wilanowskiej, to stek pomówień, kłamstw, półprawd i manipulacji. Nierzetelny i jednostronny.

Jestem najstarszym wnukiem Adama Branickiego, doktorem nauk historycznych w zakresie etnografii i sprawy wilanowskie znam wyjątkowo dobrze. Stąd w kilku punktach (w przeciwieństwie do pani Mateji i do pana Strzałki) powołując się na źródła, odniosę się do ich tekstu.

Po pierwsze. Stanisław Kostka Potocki, który część swych zbiorów udostępnił społeczeństwu, w swym prywatnym muzeum, choć nie pozostawił testamentu, to jednak wiadomo, iż przez lata walczył o utworzenie z Wilanowa i dóbr wilanowskich ordynacji, aby zachować Wilanów w rękach swych potomków i spadkobierców (A. Majdowski, Ze studiów nad fundacjami Potockich z Wilanowa, Warszawa 1993, s. 13, 134-139). Spadkobiercami Stanisława Kostki Potockiego są spadkobiercy Adama Branickiego, a nie panowie Jaskanis czy Fijałkowski.

Po drugie. Braniccy nie tylko, że z własnych funduszy utrzymywali pałac i muzeum wilanowskie, ale powiększali je o nowe sale wystawowe (M. Dienstl-Dąbrowa, Wilanów w nowej szacie, „Światowid”, nr 19 (508) z 5 maja 1934, s. 27) i kupowali nowe eksponaty, na przykład Adam Branicki, między innymi nabył siedemnastowieczny obraz włoskiego malarza ukazujący apoteozę Jana III i scenę karnawałową, uchodzącą za dzieło Valentin de Boulogne (W. Fijałkowski, Artystyczne zbiory Wilanowa, Warszawa 1979, s.20). Dekompletowanie zbiorów, o którym piszą autorzy polegało zaś na tym, że 15 kwietnia 1932 roku, Adam Branicki przekazał Państwu Polskiemu do dyspozycji Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej bezcenną Bibliotekę Wilanowską, modlitewnik królowej Bony, 2204 teki sztychów, obrazy i porcelanę. Podkreślam, Adam Branicki ofiarował Państwu Polskiemu bezcenne zbiory, które były jego wyłączną własnością. Ofiarowane zbiory nie wchodziły nigdy w skład należącego do Branickich, prywatnego muzeum. Jak już wspominałem, przed wojną, część pałacu wilanowskiego zajmowało prywatne muzeum, zaś resztę apartamenty Branickich. Ówczesne czasopisma rozpisywały się o magnackim darze hr. Branickiego z Wilanowa (np. patrz „Światowid”, nr 18(403) z 1932 r). W kwietniu 2003 r., w Pałacu Rzeczpospolitej w Warszawie, pod patronatem Prezydenta Rzeczypospolitej otwarto wystawę „Dar dla Narodu. Skarby Biblioteki Wilanowskiej”, gdzie ofiarowane przez Branickich zbiory były prezentowane w związku z 71 rocznicą ofiarowania ich państwu. Wcześniej jeszcze, 17 grudnia 2002 roku spadkobiercy Adama Branickiego przekazali w darze Bibliotece Narodowej pozostały w Wilanowie po 1932 r. fragment prywatnej biblioteki Adama Branickiego, który w 1950 r. trafił do Biblioteki Narodowej (P. Buchwald-Pelcowa, Biblioteka Wilanowską [w:] Biblioteka Narodowa, Dar dla Narodu, Skarby Biblioteki Wilanowskiej Wystawa ze zbiorów Biblioteki Narodowej pod honorowym patronatem Prezydenta R.P. Aleksandra Kwaśniewskiego. Biblioteka Narodowa. Pałac Rzeczpospolitej, pl Krasińskich 3/5, kwiecień - maj 2003, Warszawa 2003, s. 24). Czyżby przytoczenie tych faktów burzyło przyjętą konwencję artykułu? Powoływanie się na dekompłetowanie zbiorów w momencie, gdy ich właściciel przekazuje je, z własnej woli, państwu wydaje mi się być grubym nadużyciem.

Po trzecie. W 1947 r. powróciła do Polski, więziona z razu przez Niemców później zaś wywieziona przez NKWD w głąb ZSRR, rodzina Branickich. Adam Branicki wycieńczony wielokrotnymi pobytami w więzieniach niemieckich, gdzie m.in. oskarżano go o finansowanie powstania warszawskiego, oraz więzieniem w łagrach sowieckich, zmarł w tymże 1947 r. Rodzina nie posiadała niczego. Wszystko, łącznie z domem rodzinnym, przejęło wrogie komunistyczne państwo. Wówczas, wiedząc, że zgodnie z dekretem PKWN na rzecz skarbu państwa nie przechodzą przedmioty służące do osobistego użytku, Beata Branicka odważyła się wystąpić o nie do ministerstwa rolnictwa i reform rolnych. Będąc w nędzy i znając stosunek władz komunistycznych do byłych właścicieli ziemskich zdesperowana, aby zwiększyć szansę na powodzenie swego wniosku i aby nie oskarżono jej o próbę wyłudzenia od Polski ludowej rzeczy o charakterze naukowym, artystycznym i muzealnym, we wniosku podała, iż zawsze zamierzała oddać muzeałia państwu. Babunia skarżyła mi się nieraz, iż niezgodnie z wolą swego męża i swoją, aby umożliwić nam egzystencję musiała w pismach do władz PRL-u oświadczać nieprawdę. Pani Mateja i pan Strzałka nigdy nie poznali Beaty Branickiej, podobnie ich informator, dyr. Jaskanis. Twierdzenie, że moja Babka miała zawsze podkreślać, iż nie rości pretensji do kolekcji muzealnej jest grubym nadużyciem. Przy okazji chcę zwrócić uwagę, że mająca oburzyć czytelników ogromna liczba przedmiotów, o które występują właściciele bierze się stąd, że jako osobne muzeałia liczone są wszystkie łyżki, łyżeczki, noże, nożyki, widelce, korki od karafek, guziki liberyjne itd.

Po czwarte. Pan dyr. Jaskanis, jak podają autorzy, niepokoi się o całość zbiorów wilanowskich i nie wie jak ocenić intencje spadkobierców, którzy w pozwie domagają się całości swych zbiorów. Dziwne, jako dyrektor muzeum powinien wiedzieć, że zgodnie z zarządzeniem słynnej minister kultury Aleksandry Jakubowskiej (pismo sekretarza stanu w Ministerstwie Kultury z 14.12.2001 r.), aby móc dysponować swoimi muzealiami, byli właścicieli muszą uprzednio wygrać sprawę w sądzie. Tak więc, aby powołać fundację albo zostawić swój b zbiory w depozycie, właściciele muszą dochodzić praw do bezprawnie zrabowanych przedmiotów w kosztownych procesach. Respektowanie do dziś tego zarządzenia przez niektóre dyrekcje muzeów nie sprzyja nawiązywaniu i utrzymywaniu dobrych stosunków między muzealnikami a właścicielami. Szkoda, że Paweł Jaskanis, aby móc ocenić intencje spadkobierców nigdy nie znalazł czasu na spotkanie się z nimi. Szkoda, że poprzedni dyrektorzy Muzeum Pałac w Wilanowie nie wyrazili zgody na powołanie przez spadkobierców A. Branickiego fundacji jego imienia, która obejmowałaby obiekty eksponowane przed wojną w prywatnym muzeum wilanowskim i na długotrwałe depozyty z przedmiotów znajdujących się przed wojną w prywatnych apartamentach Branickich. Rozwiązanie to gorąco popierał prezydent Lech Wałęsa i Ministerstwo Kultury i Sztuki za rządów Jerzego Buźka.

Przy okazji rodzi się kolejne pytanie - dlaczego autorzy, którzy w swym artykule jako najlepszy sposób rozwiązania omawianych przez nich kwestii muzealnych uważają powołanie fundacji przez byłych właścicieli, ani słowem nie wspominają o wieloletnich staraniach powołania przez spadkobierców Adama Branickiego fundacji (pisałem o tym nieraz: Pałac wilanowski także gniazdo rodzinne, „Zdarzenia Muzealne”, 2:1991, s. 11-16, O fundacji im. Adama Branickiego, „Zdarzenia Muzealne”, 5:1992, s. 14, Przedmowa [w:] A. Majdowski, Ze studiów nad fundacjami Potockich w Wilanowie, Warszawa 1993, s. 13-14).

Po piąte. Wiele miejsca poświęcają autorzy problemowi rzekomych długów. Pozwalają sobie na szyderczą uwagę, że dzięki zmianom 1944-45 dla części właścicieli ziemskich, m.in.: Branickich i Zamoyskich, skończyła się „radość posiadania ale i smutek kłopotów”. Nie wiem czy pani Mateja i pan Strzałka mają jakieś długi, ale jako katolik nie życzę im aby tracąc dach nad głową, będąc powszechnie szykanowanymi, nie mając środków do życia, radowali się z umorzenia długów. W przypadku Branickich i ich długów autorzy po raz kolejny mijają się z prawdą. Rzeczywiście, na samym początku lat 30-tych XX w., a nie w roku 1937 r., dobra wilanowskie były zadłużone. Po śmierci ojca w 1926 r., wobec konieczności zapłacenia ogromnego podatku spadkowego i spłacenia sióstr, a także w związku z kryzysem gospodarczym, Adam Branicki zadłużył się. Tak jak duża część ziemian, wychowanych w dziewiętnastowiecznej tradycji, uważał, że nie wolno sprzedawać rodzinnej ziemi. Wartość jego majątku przekraczała jednak wielokrotnie zadłużenie. Poza bezcennymi majątkami wokół Warszawy posiadał wielkie dobra roskie, w ówczesnym województwie białostockim, pałac przy ul. Nowy Świat 18 i inne domy w Warszawie oraz pałace w Natolinie, Morysinku i Rosi. Parcelacja położonych pod samą Warszawą folwarków: Zalesię Adamów, Anin, Marysin Wawerski, Zastów, Służew, Służewiec i Paluch nie tylko, że umożliwiła mu spłacenie długów, ale co więcej pozwoliła na wykupywanie z rąk Niemców uwięzionych patriotów polskich, łożenie pieniędzy na ruch oporu i prowadzenie prac konserwatorskich w pałacu wilanowskim i Natolinie (W. Fijałkowski, Wilanów, Warszawa 1973, s. 130, S. Lorentz, Natolin, Warszawa 1948, s. 295-297). Aby porazić czytelnika wysokością długów wilanowskich, autorzy, niezgodnie z prawdą, podają, że w 1937 r. dług miał wynosić ponad 20 milionów zł i doprowadziłby w 1939 r. do licytacji. Myślę, że warto tu zwrócić uwagę, iż gdyby było aż tak źle, to Adam Branicki w okresie największego zadłużenia, a więc w 1932 r. nie ofiarowałby biblioteki wilanowskiej państwu, wartej wówczas 10 milionów zł i sztychów wartych 3 miliony (P. Buchwald-Pelcowa, op. cit. s. 6). Jak powszechnie wiadomo, do licytacji Wilanowa nie doszło a o tym, że wszelkie długi zostały spłacone wystarczy przejrzenie ksiąg hipotecznych dóbr ziemskich Wilanów i wyłączonych z nich ksiąg parcelowanych folwarków. Ale o tym autorzy już milczą. Poruszającym kwestię zadłużenia byłych właścicieli ziemskich należy przypomnieć, że względem tej grupy, za zagrabione bezprawnie mienie, wielomilionowe długi ma Trzecia Rzeczpospolita, która w przeciwieństwie do Drugiej nie zwróciła zagrabionych majątków, sprzeciwiła się reprywatyzacji, niejednokrotnie jak paser rozprzedała znacjonałizowane dobra albo je zmarnowała. Chciałbym przypomnieć czytelnikom, że dekret o reformie rolnej wydany przez PKWN nie tylko, że był sprzeczny z podstawowymi założeniami konstytucji marcowej, ale wydany był przez organ niekonstytucyjny i nielegalny - legalny rząd polski działał wówczas w Londynie.

Po szóste. Autorzy artykułu podają, jakoby Braniccy sprzedawali jakieś dzieła sztuki przed wojną oraz, że pochodzenie wielu przedmiotów z kolekcji wilanowskiej jest sporne. Z tradycji rodzinnej wiem, ze moi dziadkowie sprzedali powstającej Bibliotece Narodowej, a więc państwu, trzy rękopisy iluminowane pochodzące z ich prywatnej biblioteki. O żadnych innych sprzedażach nigdy nie słyszałem. O ile zresztą coś by sprzedali, wówczas obiekty pochodzące od nich trafiłyby w ręce nowych właścicieli i do pałacu wilanowskiego mogłyby wrócić wyłącznie jako dary lub zakupy, co winno być odnotowane w inwentarzach. Pan Jaskanis opowiada też dziennikarzom o nachodzących go dawnych wierzycielach Branickich i ich spadkobiercach, którzy dziwnym trafem uparli się na zbiory wilanowskie, do których wedle siebie samych mają moralne prawo i pierwszeństwo. Dziwne, iż z wyjątkiem jednego naciągacza nikt z tych wierzycieli nie zgłosił się do nas - spadkobierców Adama Branickiego. Dziwne, że unikają oni sądów i nie dołączają się do głośnego przecież procesu wilanowskiego. Ale twierdzenia rzucające cień na czyjeś dobre imię należy udowodnić, dlatego zażądamy na najbliższej rozprawie listy osób, które z dokumentami świadczącymi o zakupie przedmiotów wilanowskich zgłosiły się do muzeum oraz informacji o tajemniczych wierzycielach. Myślę, iż było by lepiej, gdyby pan dyr. Paweł Jaskanis nie tylko studiował historię zbiorów wilanowskich poprzez kontakty z rzekomymi wierzycielami, ale żeby chociażby autoryzując swój tekst do artykułu, dostrzegł i zwrócił uwagę dziennikarzy na pominięcie przez nich faktów, o których pisałem wyżej, a które znać powinien dobrze. Nie uczynienie tego stwarza podejrzenie celowego działania. Profesor Stanisław Lorentz na uroczystej akademii z okazji 300-lecia Wilanowa podkreślał, iż Wilanów jest zespołem zabytkowym, gdzie zachowała się nienaruszona przez wojnę architektura i zbiory („Rocznik MNW, t. XXII: 1978, s. 204). Już l lipca 1945 r. w skrzydle północnym eksponowano nie wywiezione przez hitlerowców (a więc należące do Adama Branickiego) portrety polskie z XVII, XVIII i XIX w. oraz ocalałe obrazy galerii malarstwa europejskiego, na które składały się głównie dzieła mistrzów baroku. W rok później, jak pisze W. Fijałkowski „... po zabezpieczeniu i doprowadzeniu do należytego wyglądu pomieszczeń korpusu głównego oraz po odzyskaniu w drodze rewindykacji, odnalezionej w Austrii i Niemczech, sporej ilości obiektów wywiezionych z Wilanowa (a więc należących do Branickich - A. R.) otwarto zespół historycznych komnat i gabinetów z czasów Sobieskiego (W. Fijałkowski, Wilanów, s. 133). Wiadomo, że wszelkie przedmioty znajdujące się w przejętym przez komunistów pałacu wilanowskim i te później rewindykowane są własnością Branickich.

W związku z odrzuceniem przez dyrekcję Muzeum Pałac w Wilanowie koncepcji fundacji i długotrwałych depozytów i wspomnianym zarządzeniem minister Jakubowskiej, spadkobiercy Adama Branickiego muszą prowadzić sprawy sądowe o uznanie swych praw do przedmiotów, do których potwierdził ich prawa wyrokiem z 1.12.1995 r. Naczelny Sąd Administracyjny (II SA 1400/94). Należy dodać, że wilanowskie muzealia w ostatnich latach nie były eksponowane na kilku prestiżowych wystawach zagranicznych, choć mogły być ich ozdobą np. we Wiedniu. Władze muzeum wilanowskiego obawiają się zajęcia zbiorów za granicą jako zabezpieczenia prowadzonego w Polsce procesu restytucyjnego. Braniccy wielokrotnie oświadczali, że nie będą przenosić sporu poza granicę państwa polskiego, by nie narażać dobrego imienia kraju, wiedząc także, że ewentualny wyjazd za granicę dzieł wilanowskiej proweniencji zaowocuje przyjazdem do Polski innych dzieł sztuki w ramach wymiany.

Tych, którzy cenią sobie zawód historyka sztuki i muzealnika, i którzy wiążą z reprezentującymi je osobami wysokie wartości, zapewne zaskoczy informacja, że na jednej z rozpraw naukowy pracownik muzeum wilanowskiego zeznał nieprawdę, co do pochodzenia pewnej części wilanowskiej kolekcji. Gdy pełnomocnik rodziny Branickich ujawnił wynik przeprowadzonych przez siebie badań, wskazujących na bezsporne pochodzenie przedmiotowych obiektów ze zbiorów Adama Branickiego, osoba ta wykrzyknęła „to wspaniale, to wielkie naukowe odkrycie” i następnie wycofała się ze swoich poprzednio złożonych zeznań (informacje zawarte w protokole rozprawy).

Po siódme. W swym artykule pani Mateja i pan Strzałka walczą o nierozpraszanie historycznych polskich kolekcji i o to by przejęło je państwo, będące gwarantem ochrony dóbr kultury. Nie dziwić powinno zatem, że autorzy nie poinformowali czytelników, że pod opieką państwowej służby muzealnej, zbiory wilanowskie zostały rozproszone i trafiły m.in. do następujących instytucji: Ambasady w Pradze, Domu pracy twórczej w Oborach, Kancelarii Rady Państwa, hotelu na ul. Parkowej, Urzędu Rady Ministrów, Towarzystwa Przyjaciół Warszawy i innych. Adam Branicki nigdy nie pozwalał, aby na dłuższy czas jakiekolwiek obiekty znajdujące się w jego prywatnym muzeum opuszczały Wilanów.

W ramach reformy rolnej Muzeum Narodowe przejęło wraz z kompleksem wilanowskim pałacyk w Morysinie. Przed wojną i w czasie okupacji pełnił rolę mieszkalną. Zdjęcia z czasów okupacji ukazują, że był w dobrym stanie. Dziś po 60 latach opieki sprawowanej przez Muzeum Narodowe i jego Oddział w Wilanowie na jego miejscu znajdują się ruiny. Pozostałe elementy architektoniczne niegdyś wspaniałego założenia ogrodowego także spotkała zagłada. Należąc do muzeum, pałacyk morysiński, na oczach muzealników, powoli przez lata rozsypywał się. Co najlepsze, w jego pobliżu w swoich ogródkach pracowniczych muzealnicy uprawiali i uprawiają marchew, buraki i cebulę. Warto dodać, że park morysiński to ukochane dzieło patrona polskich historyków sztuki - Stanisława Kostki Potockiego. Ostatnio niewidzialna ręka zamieniła park w Morysinie w rezerwat przyrody! Aleksandra Witak, autorka opracowania o Morysinie (A. Witak, Morysin zaniedbana część Wilanowa, „Ochrona Zabytków”,1999 nr 2, s. 140) podała, że prace rewaloryzacyjne w Morysinie zostały przerwane w związku z podjęciem przez byłych właścicieli działań mających na celu odzyskanie dawnej własności. Co najlepsze, spadkobiercy Adama Branickiego do 2002 r. nie podejmowali jakichkolwiek starań o odzyskanie Morysina. Mając na uwadze powyższe, podana przez autorów artykułu informacja, iż muzealnicy „...porównują siebie do lekarzy, starają się by powierzone im dzieła sztuki żyły jak najdłużej...” - brzmi jak kpina. No cóż, dla niektórych liczy się nie zabytek lecz wyłącznie własność.

Spadkobiercy Adama Branickiego od lat spotykają się z kolejnymi ministrami kultury i dyrektorami ich gabinetów, walcząc nie o odebranie swych zbiorów, czy też uzyskanie za nie pieniędzy, a o uznanie swych praw. Pragną powołać fundację im. Adama Branickiego, o której już wspominałem. Nie mogę zrozumieć dlaczego to dobre przede wszystkim dla muzeum i osób je zwiedzających rozwiązanie odrzucają wilanowscy muzealnicy. Dlaczego zamiast do kompromisu dążą do konfrontacji? Dlaczego ten niezmiernie utrudniający im pracę spór kontynuują? Czemu starają się zniesławiać Branickich? Przecież musi być jakaś tego przyczyna. Czyżby było to związane z otrzymywanymi od pewnego czasu przez spadkobierców Adama Branickiego informacjami o zniknięciu pewnych muzealiów (informacja dyrekcji jednego z czołowych polskich muzeów - pismo w zbiorach autora).

Wiedza o rzeczywistym stanie zachowania zbiorów wówczas faktycznie mogłaby być niewygodna.

Po dokonanych powyżej sprostowaniach, z analizy tekstu wynika, iż wbrew woli autorów tymi, którzy naprawdę dbają o zachowanie i nie rozpraszanie zbiorów, są byli właściciele ziemscy. To oni pomimo wieloletnich krzywd, często ciężkiej sytuacji materialnej, rezygnując z korzyści materialnych gotowi są pozostawić w muzeach swe zbiory w ramach fundacji lub jako depozyty. Przeciwieństwem ich są, cytowani przez autorów, muzealnicy, a wierzę, iż tylko dwoje z nich tzn. Bożena Gąsiorowska i Paweł Jaskanis. Oni też wg mnie swą nieprzejednaną postawą naprawdę zagrażają aktualnemu stanowi posiadania prowadzonych przez nich muzeów. Brakuje tylko by powrócili, w ramach perspektywicznej akcji rozwoju państwowych muzeów, do powstałych w heroicznych latach stalinowskich pomysłów nacjonalizacji zbiorów kościelnych. Kompromis, jak podkreślają, nie jest dla nich możliwy. Jak można przeczytać w artykule, Muzeum Okręgowe w Rzeszowie musiałoby wówczas pytać Jana Tarnowskiego o zgodę na wystawienie należących do niego obiektów i ich konserwację. Depozyty nie odpowiadają też Muzeum w Wilanowie. „Ciężar ochrony, utrzymania i konserwowania zabytków spada na muzeum - splendor i chwała pozostaje przy właścicielach” (F. Frydrykiewicz, Apetyt na Wilanów, „Gazeta Wyborcza”, 1991 nr 45, s. 7). Podobnie w trakcie rozmów w MKiS, dotyczących powołania fundacji im. Adama Branickiego, w których brałem udział, ówczesna dyrektor Muzeum Pałac w Wilanowie odrzuciła ideę fundacji mówiąc „niemożliwym jest abym jako dyrektor muzeum musiała prosić fundatorów o zgodę, gdy jakieś dzieło sztuki będę chciała wysłać za granicę”. Zaiste powody tak poważne, że warto dla nich łamać prawo, prawa człowieka, narażać państwo na kompromitację a budżet na ogromne wydatki (w demokratycznym państwie prawa nie da się przecież przeprowadzić wywłaszczenia bez zapłaty słusznego odszkodowania).

Przykro, że ten artykuł bazujący na nieprawdzie, posługujący się przekłamaniami, nie prowadzący do ugody stron, a wzmacniający wzajemną niechęć ukazał się na łaniach katolickiego Tygodnika Powszechnego. Smutno, że w drugiej połowie 2004 r. Tygodnik Powszechny stał się pismem nawołującym nie do pojednania, lecz konfrontacji i opublikował artykuł nawiązujący swym stylem do języka na szczęście minionej epoki.




Tekst Anny Mateji i Jana Strzałki „Własność na służbie narodowej” ukazał się w Tygodniku Powszechnym nr 31 (2873), 1.08.2004.
Powyższej polemiki nie opublikowano.